(opublikowano: 2018-11-04 12:41)

Dzień 4. Iluzja i kłamstwa

"Poruszamy się na boso, wymyślamy żarty o bocianach i martwych dzieciach, promienie pieką nam twarz. Atmosfera jest przemiła, idziemy więc na obiad. Nie wiem czy to ze względu na nasz zawód czy trochę przesadzam, ale mam wrażenie, że imają się nas kuriozalne sytuacje."



Dzień czwarty - Kłamstwo.

 

Czwartego dnia postanawiamy odwołać występ. Biletów i tak nie sprzedało się dużo, a my, koniec końców, przyjechaliśmy tu na wakacje. Nie wspomnę o tym, w jakiej formie fizycznej się znajdujemy. Czas przestać na chwilę gonić za niszczeniem sobie zdrowia. Jeśli nadal będziemy funkcjonować w ten sposób, to obstawiam, że jest duża szansa, że spora część z nas, nie dotrwa do trzydziestego piątego roku życia. Nie, żebyśmy jakoś tego bardzo pragnęli. Zauważyłem, że artyści estradowi, są raczej ok z tą ulotnością i przemijalnością. Chyba pomału każdy z nas liczy, że dołączy do Klubu 27. Troszkę szkoda, że ten moment już minął. No nic, może i nie jesteśmy wielkimi fanami życia, ale za to zajebiście dobrze je udajemy.

I tak o to mamy w sumie pierwszy dzień, kiedy nie musimy się przejmować presją czasu, nie spieszymy się nigdzie i nie wiszą nad nami żadne zobowiązania. Możemy w końcu skorzystać z dobrodziejstwa ciepłego morza, złapać trochę słońca na nasze niedorzecznie, w porównaniu z innymi plażowiczami, blade klaty. Leżąc w wodzie, pozwalam żeby mnie swobodnie unosiła, oddycham spokojnie i powtarzam sobie: jest całkiem spoko. Kiedy mi się chce, chwilę popływam to w jedną, to w drugą stronę. Czasami wyjdę do chłopaków na plażę, zamienimy dwa słowa, spiję kilka łyków piwa.

Poruszamy się na boso, wymyślamy żarty o bocianach i martwych dzieciach, promienie pieką nam twarz. Atmosfera jest przemiła, idziemy więc na obiad. Nie wiem czy to ze względu na nasz zawód czy trochę przesadzam, ale mam wrażenie, że imają się nas kuriozalne sytuacje. Wchodzimy do nadmorskiego hotelu, który ma ofertę wystawioną na potykaczu: zestaw obiadowy, zupka (jedna z dwóch), danie główne, kompot, 20zł. No kurwa raczej. Jest czternasta, w sam raz, żeby coś wciągnąć. Prosimy więc o taki zestaw dla czterech osób, z zupą ogórkową i kompot truskawkowy. Bo kompoty też są dwa do wyboru: czereśniowy i truskawkowy. I słyszymy od kelnera, że do kompotu truskawkowego i zupy ogórkowej pierwszeństwo mają goście hotelowi i on musi sprawdzić czy starczy. A my, płacąc za jedzenie w restauracji hotelowej, jesteśmy kurwa kim? Odpadami hotelowymi? Czy z naszych twarzy bije jakiś obiadowy bandytyzm, który sprawia, że trzeba się nas pozbyć możliwie jak najbardziej niedorzecznymi argumentami? Ok, jest możliwe, nie jest to pewne, ale jest możliwe, że staliśmy na środku restauracji w samych bokserkach, butach i z piwami w ręku. Jest to możliwe. ALE NADAL KURWA. Pierwszeństwo do kompotu? Co to jest Dachau, a my nie należymy do kasty prominentów? Wiadomo, że obracamy to w żart, zaczynamy się pytać o wszystko, włącznie z tym, czy możemy wstać od stolika i iść do toalety. Do pana kelnera dociera absurdalność sytuacji i robi się sympatyczniejszy, a do nas wtedy dochodzi, że to nie jest tak, że on ma ochotę takie rzeczy mówić. To jest tylko szeregowy pracownik, który ma obowiązek powiadamiania nas o takich gównach, a my tu sobie pompę z niego robimy. Stoi nad nim jakiś baran, który czuwa, żeby on takie kocopoły opowiadał i bakłażanił się przed ludźmi. No jakim to śmieciem trzeba być, żeby zmuszać innych ludzi, do stawiania się w tak niezręcznej i potwornej sytuacji. To nie otwieraj restauracji na innych gości, śmieciu jeden z drugim, a nie przymuszasz miłego, młodego chłopaka, co sobie w wakacje chce dorobić, żeby z siebie kretyna przed innymi robił.

Sam spędziłem w gastroświatku dziesięć długich lat. Z różnymi typami miałem do czynienia. Z januszami, geniuszami, złodziejami, przemytnikami, przedstawicielami mafii. Ale żaden z nich, nigdy nie był tak cwanym, śliskim skurwysynem, jak właściciel nadmorskiej restauracji, który ma czelność zaserwować Ci śniadanie składające się z jednego jajka sadzonego, parówki, dwóch plastrów szynki szwarcwaldzkiej, wycenić to na poziomie dwadzieścia pięć lub więcej złotych i nazwać to FULL ENGLISH BREAKFAST. SKURWY-SYN! Gnoje każą ludziom pracować po czternaście godzin dziennie, przez sześć dni tygodniowo, eksploatując siły młodych ludzi, o których wiedzą, że ci zgodzą się na wszystko i dadzą się wykorzystać, bo na tym polega bycie młodym człowiekiem, który potrzebuje hajsu. Wypłacają psie pieniądze, oferując niejednokrotnie warunki do życia poniżej wszelkiej godności. Polscy nadmorscy przedsiębiorcy powinni spłonąć i oficjalnie oraz jawnie nawołuję do nienawiści wobec nich.

Inna sprawa, że dopiero teraz widzę, jak pozwalałem się naginać do woli wszelakiej maści kierowników i robiłem to, wiedząc że daje się wykorzystywać. Bo uważałem, że taka jest kolej rzeczy i że taka sytuacja jest normalna. Dopiero teraz, wolny od tego śmietnika, patrzę na swoich utalentowanych znajomych, którzy siedzą godzinami w pracy, bez perspektywy poprawy i nie mogę się nadziwić, że ja też byłem tego elementem. Kłamstwo jakie sobie tworzymy, myśląc że obecny status quo jest niezbędny, jest chyba najgorszym co można sobie samemu zrobić. Nie chcę tu brzmieć jak coach, postaram się nie iść w tym kierunku, ale spróbujcie pomyśleć, ile rzeczy, które Was frustrują i których nienawidzicie, są rzeczywiście, faktycznie, niezbędne do Waszego życia. Ja rzuciłem prawo po dziewięciu latach. Na czwartym roku. Jak słyszę pierdolenie, o tym, że to bez sensu, że nie chcę dociągnąć tych trzech semestrów to mnie krew zalewa. Dziewięć lat zmarnowałem na szajs, którego nie użyłem nawet raz w życiu, mam stracić jeszcze minimalnie dwa lata? Bo wiem, że to, że zostały mi trzy semestry, nie znaczy, że mi to zajmie trzy semestry. Dziewięć lat wmawiania sobie, że to, co robię, jest potrzebne. Wiem, że teraz część czytelników może myśleć: “Dobra ziomek, ale też nie każdy chce pajacować na scenie.”. No pewnie, macie rację. Ale powiedzcie mi, ilu macie znajomych, którzy pracują w zawodzie wyuczonym i studia czy inna forma okłamywania siebie im w czymś pomogła?

Wiadomo, że nie wszyscy będziemy poetami, pisarzami, komediantami, artystami. To znaczy wiecie, ja będę, Wy pewnie nie. No nie wszyscy będziemy odczuwać satysfakcję ze swojego życia. Większość nie będzie w stanie tego osiągnąć. I znowu, wiadomo, ja będę. To nie znaczy jednak, że trzeba gnoić siebie na każdym kroku. Nie mówię, że macie rzucać robotę i wypierdalać w góry czy odmieniać swoje życie. Bardziej mam na myśli to, że uwierzcie mi na słowo - jesteście w stanie wyeliminować z niego jedną czy dwie rzeczy, które Was męczą, a na ich miejsce wstawić jakąś zdrową relację, zainteresowanie, a może po prostu czas na lenistwo.

TAKŻE HEJ WYJDŹ ZE SWOJEJ STREFY KOMFORTU I POKAŻ ŻYCIU PAZUR NAWET NIE WIESZ ILE DOBRA CIĘ CZEKA I JAKIE WSPANIAŁE RZECZY MOŻESZ OSIĄGNĄĆ WOJOWNIKU ŚWIATŁA JEZUSA CHRYSTUSA. Nie no kurwa. Większość rzeczy, jakich doświadczymy w życiu to rozczarowania, ale nie ma ich się co cykać. W końcu coś pyknie, a bańka kłamstwa pęknie.

 

autor: Tomasz Kwiatkowski

LOGOWANIE
Newsletter wydarzeń

Zapisz się do informatora i odbieraj co dwa tygodnie aktualny repertuar na swojego maila.

Wyrażam zgodę na otrzymywanie korespondencji drogą elektroniczną. Nie martw się też nie lubimy spamu dlatego dostaniesz od nas raz w miesiącu info o wydarzeniach w Twoim województwie.

Akceptuję regulamin


Partnerzy: