(opublikowano: 2018-10-21 16:16)

Dzień 3. Wdzięczność

"Nie jesteśmy niewdzięczni. Zazwyczaj dociera do nas, prędzej czy później, że zachowujemy się przynajmniej wymagająco. Że jesteśmy zasranymi bucami. Rozumiemy, jak męczący potrafimy być i staramy się trzymać swoją roszczeniowość na wodzy. Wydaje mi się, że ciężko to też nazwać roszczeniowością. Kiedy jest się na scenie parę lat, zaczynasz cenić swój czas i higienę życia osobistego."



Dzień 3. Wdzięczność.

Nasze zajęcie, pozwala nam funkcjonować w pewnym odklejeniu od rzeczywistości, ale bardzo niedokładnym. Często wiemy, jaki jest dzień miesiąca, ale nie mamy pojęcia jaki jest dzień tygodnia. Nie ma dla nas różnicy między piątkiem, a poniedziałkiem. Wszystko jest dniem roboczym i wszystko jest weekendem. Szczególnie na trasie, a już w ogóle na takiej, której założeniem jest koleżeński wyjazd, gdzie występy dzieją się jakoby przy okazji, są finałem dnia.

Nasz trzeci dzień wygląda tak, że manager chodzi między nami, budzi nas po kolei i wysyła do łazienki, a kolejna osoba w tym czasie, zaczyna się już pakować. Kolejność pobudek: kto siedział najdłużej, śpi najdłużej. Zgadnijcie, kogo budzą ostatniego? Nasz S. to człowiek na schwał. Łazi za nami, dba o nas, niemal nas niańczy. Bez niemal. Niańczy nas. Pilnuje kolejki mycia, żebyśmy wszystko wzięli, mówi, o której idziemy na obiad. Dzięki niemu, jedyne czym my się musimy przejmować, to żeby zmieścić się w wydzielonym czasie. Geniusz organizacji, który ma pod sobą piątkę niesfornych... no dorosłych, trzydziestoletnich facetów, którzy po prostu mają problem ze zorganizowaniem się na najbardziej podstawowym poziomie. Zapewniam, że w codziennym życiu, każdy z nas radzi sobie w sam raz, jak to wszyscy. Są jednak okoliczności, w których dobrze, że wisi nad Tobą człowiek, który pamięta o tym, żeby żyć za Ciebie.

To S. prowadzi samochód i ma swój sprzęt, na w razie czego, gdyby na knajpie nie można było polegać i wozi nas po całym wybrzeżu. Przydziela nam domki, pokoje, od niego zależy też w sumie, jak bardzo dzisiaj będzie dawane w palnik - wszystko jest podpasowane pod to, kiedy kończy się nam doba hotelowa. Oczywiście my, zamiast być wdzięczni temu, że ktoś robi za nas absolutnie wszystko, wkurwiamy się na Bogu ducha winnego S., że nie udało mu się przedłużyć doby hotelowej do 12, bo w takim razie dzisiaj wieczorem musimy się oszczędzać (co oczywiście nie nastąpi).

Kiedy, jak wspomniałem wyżej, rano ogarnia nam dupska, kurwimy na niego, żeby dał nam spokój, że zaraz wstajemy, że przecież wszystko ogarniemy, sprzątniemy. Dopiero jak wychodzimy na ogródek to widzimy jak świetnie się bawiliśmy wczoraj, po powrocie z knajpy, po pamiętnej przygodzie z Urażonym Panem. Kiedy on, oszczędzający się od dwóch dni, dzień w dzień wozi nasze leniwe odwłoki, po dwie godziny z miasta do miasta, my się wkurwiamy, że jedzie za wolno lub za szybko, bo się nie czujemy za dobrze albo za bardzo nami rzuca, że puszcza nie taką jak chcemy muzykę w jego własnym aucie. Od siebie dodam, że puszczał niezłą, ale preferował polskie teksty, bo chciał pośpiewać, no a jednak gdzieś są granice cierpliwości. Tutaj po raz pierwszy wymienię kogoś z nazwiska, ale totalnie w oderwaniu od całej historii i przedsięwzięcia, jakim będą przytaczane tu opowiastki, także weź się ziomek nie denerwuj.. Otóż: Kutek, przestań gwizdać, nie umiesz.

Praca agenta komików to najbardziej niewdzięczne gówno na świecie.

Nie chcę tutaj za bardzo demonizować komików, bo to chyba przypadłość każdego z nas, kto ma człowieka zatrudnionego po to, żeby robił za Ciebie to i owo. Nie doceniasz jego zapierdolu, bo go od niego oczekujesz. Z czasem zaczyna się zacierać granica pomiędzy nadprogramowymi wymogami, które ta druga osoba robi z grzeczności czy jakiejkolwiek innej formy kurtuazji i staje się normalne dla Ciebie, że jest zawsze bardziej dyspozycyjna, dłużej zostanie, zrobi coś więcej, niż do niej należy. Szczególnie jest to widoczne właśnie w relacji artysta - agent oraz w szajsie, w którym spędziłem dziesięć lat, czyli w gastronomii. Tam, jeśli raz pozwolisz na to, żeby szef myślał o Tobie, że jesteś w jakiś sposób dostępny czy dobry, to szykuj się na to, że będziesz eksploatowany do całkowitego wyczerpania Twoich zasobów energetycznych.

Sam od niedawna mam managerkę, kochana kobieta. Zdaję sobie sprawę z tego, że za każdym razem, gdy gdzieś jadę, ona się nieco stresuje tym, czy aby na pewno knajpa wywiąże się ze swoich zobowiązań (szczególnie technicznych). Dba o moje samopoczucie i zawsze się interesuje jak się czuję. Mamy relację koleżeńską, ale utrzymujemy też profesjonalizm. Powiedziałbym nawet, że obojgu nam zależy na tym, żeby w naszym życiu prywatnym było wszystko w porządku, po to, żeby w nie wpływało ono na nasze życie zawodowe. Brzmi troszkę interesownie, prawda? To jednak nie to, to jest autentyczna obopólna troska, którą się wykazujemy na wielu poziomach. Jednak niejednokrotnie i ona wyczuwa ode mnie, że coś było nie tak na występie, mimo że przecież mnie zapewniała, że będzie ok, a mi “nie chce się o tym gadać”. Wisi wtedy takie niedopowiedzenie, ale staramy się, żeby wisiało jak najkrócej.

Nie jesteśmy niewdzięczni. Zazwyczaj dociera do nas, prędzej czy później, że zachowujemy się przynajmniej wymagająco. Że jesteśmy zasranymi bucami. Rozumiemy, jak męczący potrafimy być i staramy się trzymać swoją roszczeniowość na wodzy. Wydaje mi się, że ciężko to też nazwać roszczeniowością. Kiedy jest się na scenie parę lat, zaczynasz cenić swój czas i higienę życia osobistego. Kiedy jedziesz 300km na występ, nie masz w zamiarze się przejmować tym, czy krzesła są porozstawiane, czy działa mikrofon, czy barmani wiedzą, żeby nie używać shakera w trakcie występu. Chcesz mieć to w dupie, żeby móc skupić się na występie. W związku z tym, z postępującym własnym profesjonalizmem, normalne staje się dla Ciebie, aby druga strona taki profesjonalizm wykazywała. Tymczasem byście oniemieli widząc, jak się czasami traktuje wykonawców. Nasz raider techniczny jest prymitywny. Od knajpy oczekujemy: mikrofonu, światła na scenę, nagłośnienia, które nie charczy, a jeśli są na tyle uprzejmi, to jakiejś wody, gdyby nam zaschło w gardle. To są absolutnie podstawowe wymagania. Oczywiście są dodatkowe uprzyjemniacze: osobna garderoba, open bar, jakieś przekąski, jingle przed wejściem na scenę, no różne takie pierdoły. Im jesteś wyżej, tym bardziej jest oczywiste dla wszystkich, że możesz wymagać więcej. Wyobrażacie sobie, że Abelard grał w miejscu, gdzie wchodzi 50 osób, a on wychodzi do ludzi na scenę ze stolika umieszczonego pośród gości, nie mając ani kwadransa przed występem dla samego siebie? No właśnie.

Tymczasem, niektóre bezczelne skurwysyny oczekują, że my w ogóle z własnym sprzętem przyjedziemy. Zdarzyło mi się, że na moje pytanie “Gdzie występujemy?” typ opowiedział, że pomiędzy stolikami. Pomiędzy stolikami. Najgorsza część tej historii? Zrobiłem to. Oczywiście bombing był przepotężny. Ciągle takie rzeczy się zdarzają. Ale teraz, kiedy my machamy na to ręką, nawet nam się nie chce starać, bo skoro ktoś oferuje nam gówno, to dostanie od nas gówno, pojawia się nasz superbohater, agent. Człowiek, który ma siłę i energię na to, żeby wjechać z buta w drzwi i zapytać co tam się odpierdala. Wyciąga swój sprzęt, ogarnia wszystko sam, nie pozwala nam samym, żebyśmy się dali traktować jak szajs. Wyciąga swój sprzęt... heheheheehehehehehehehehehehe.

Zdarza się nam, że nie doceniamy czyjejś pracy, bierzemy ją za pewnik. Wspomniałem przy opisie jednego z wcześniejszych dni: jesteśmy ludźmi, którym nie udało się poprzednie życie, więc zajmujemy się tym, czym się zajmujemy. Co za tym idzie, głęboko jest w nas zakorzenione przeświadczenie, że wreszcie robimy na siebie i nie damy się tym razem zgnoić. Nie pozwolimy nikomu dyktować nam warunków, bo w końcu to my je chcemy dyktować. Przez to czasami jesteśmy apodyktyczni, zobojętniali, oziębli. Udało nam się dotrzeć, co chyba uważam za jedno z ważniejszych osiągnięć, do etapu, w którym nie musimy dawać z siebie ani nawet odrobinkę więcej niż to, co dostajemy od innych. Nie mam tu na myśli relacji towarzyskich, ale właśnie profesjonalne. Nie zostajemy dłużej w pracy, nie zastępujemy kogoś, jeśli nam się tego nie chce robić. Rozumiecie na pewno. Dlatego, choć wykazujemy się tymi cechami, jak nikt, potrafimy docenić to, jak bardzo ktoś się nami opiekuje, jak oddany budujemy sobie fanbase i jak ważne jest dla nas to, co robimy, bo innej drogi, to już raczej nie ma.

Także, dzięki S. Jesteś gość.

I Tobie P. Jesteś super typiarka.

 

Tomasz Kwiatkowski

LOGOWANIE
Newsletter wydarzeń

Zapisz się do informatora i odbieraj co dwa tygodnie aktualny repertuar na swojego maila.

Wyrażam zgodę na otrzymywanie korespondencji drogą elektroniczną. Nie martw się też nie lubimy spamu dlatego dostaniesz od nas raz w miesiącu info o wydarzeniach w Twoim województwie.

Akceptuję regulamin


Partnerzy: