(opublikowano: 2018-09-23 17:05)

Dzień 1. Szczęście

Spakowanie się na trasę, która w założeniu jest pięciodniowa nie jest łatwe. Lepiej się uszykować na to, że zachlejesz gdzieś mordę i zostaniesz trochę dłużej. Tak było i tym razem, na tej pięciodniowej trasie, która trwała czternaście dni. Dlatego nieważne na ile jadę, jestem spakowany na osiem dni i szukam noclegów tak, żeby co piąty, szósty dzień móc zrobić pranie. Jestem diablo odpowiedzialny w ramach tego, na ile nie jestem w stanie przewidzieć co się będzie ze mną działo. To nieistotne, ale każda historia wymaga wstępu.(...)



Dzień Pierwszy. Szczęście.

 

Spakowanie się na trasę, która w założeniu jest pięciodniowa nie jest łatwe. Lepiej się uszykować na to, że zachlejesz gdzieś mordę i zostaniesz trochę dłużej. Tak było i tym razem, na tej pięciodniowej trasie, która trwała czternaście dni. Dlatego nieważne na ile jadę, jestem spakowany na osiem dni i szukam noclegów tak, żeby co piąty, szósty dzień móc zrobić pranie. Jestem diablo odpowiedzialny w ramach tego, na ile nie jestem w stanie przewidzieć co się będzie ze mną działo. To nieistotne, ale każda historia wymaga wstępu.

 

Cała nadmorska wycieczka, jaką sobie w szóstkę zaplanowaliśmy, miała być dla nas swoistym “walk to remember”. Całą ekipą razem zaczynaliśmy tę koszmarną i majestatyczną przygodę jaką jest komedia. Jeździliśmy na open mici na drugi koniec Polski, tam wspólnie bombiliśmy, pocieszaliśmy się po złych występach i opijaliśmy dobre. Wtedy wydawaliśmy połowę swojej pensji, żeby w ogóle mieć możliwość się komuś gdzieś pokazać, a nie chodziło nawet do końca o widownię, tylko o bardziej znanych komików. Rozpaczliwie wręcz szukaliśmy ich uwagi, która miała nam dać pierwsze supporty, pierwsze grania pełne, zaproszenia. Każdy z nas nienawidził tego co robił na co dzień i wszyscy czekaliśmy na moment, kiedy będziemy się mogli temu wyrwać. Po pięciu latach, każdemu z nas udaje się utrzymywać, na różnym poziomie, ale jednak tylko ze stand-upu. Jesteśmy w niezłym punkcie życia.

 

Rozumiecie, więc braterską atmosferę, która panowała na tej trasie od pierwszego dnia. Zrodzeni w porażce, trwający w remisie. To my. Jeszcze nie zwycięzcy, ale już na pewno nie przegrani. Wspólny apartament, wizja wieczornej zabawy, przed nami występ, na którym będzie niezła frekwencja. W klubie - gorąco w opór, ale atmosfera wspaniała. Każdy kto wychodzi na scenę, radzi sobie koncertowo. Ja szczególnie, wiadomo. Wszyscy spoceni okrutnie, ale to nie przeszkadza nam bisować, ludzie wspaniali. Po występie chcą zdjęcia, skurwić razem peta, napić się shota, już wiemy gdzie ten wieczór zmierza. Ktoś, gdzieś, coś chachmęci po kieszeniach, od słowa do słowa w mojej dłoni ląduje malutka podobizna kostki domino, którą bez dłuższej chwili zastanowienia pakuję sobie do ust, zapijam piwem i czekam na efekty. Nie muszę dodawać, że większość z nas czeka na efekty. Postanawiamy, że wrócimy do domu, żeby energię kosmiczną spożytkować na dyskusję o sprawach ważnych. I one się toczą całą noc, są mocne i są istotne, każda z nich nie pozostawi w pamięci najmniejszego śladu, ale w tej konkretnej chwili, nie ma niczego bardziej istotnego, niż to, o czym właśnie dyskutujemy. Jak wszystko jednak - również ten stan dobiega końca, a my stoimy na balkonie paląc peta. I wtedy pada fundamentalne pytanie, które stanie się piętnem i blizną całego poprzedniego dnia.

 

Czy jestem szczęśliwy?

 

Czuję się ok. Nic ponadto i nic poniżej. O ten stan emocjonalny dbam. Czy to szczęście? Komicy są z nim troszkę na bakier. Na pewno chcemy być szczęśliwi. Chcemy być najlepsi, choć działamy w branży, która nie jest tak bardzo kompetytywna. Nigdy nie zostaniesz Najlepszym Komikiem. To stanowisko nie istnieje, ponieważ nie istnieje jedno, uniwersalne poczucie humoru. Można być aktualnie najbardziej popularnym, uwielbianym przez rzesze ludzi, ale nigdy nie będziesz najlepszy. Choćby dlatego, że będziesz mieć innego ulubionego stand-upera, do którego się zawsze będziesz przyrównywać. No i sprawa załatwiona, nawet w swoich oczach nie możesz być najlepszy. Ale chcesz taki być. Więc gonisz. Całkiem zabawna sprawa - bo nie gonisz żadnego jasno określonego celu, tylko biegniesz za jakąś ulotną, ułudną ideą. Aby być takim, a takim, agresywnym, alternatywnym, mądrym. Próbujesz to osiągnąć właśnie za pomocą drobnych założeń po drodze: do końca roku napiszę pięćdziesiąt minut materiału; zacznę ćwiczyć, żeby lepiej wyglądać na scenie; popracuje nad dykcją etc. Nieustająco próbujesz ulepszyć swoją komedię i sceniczność, żeby wypełnić niemożliwą do zapełnienia dziurę, jaką tworzy w Tobie potrzeba bycia najlepszym.

 

Czy to sprawia jednak, że ulepszamy siebie? Komicy są najbardziej toksyczną, trującą i zawistną grupą społeczną jaką dotychczas poznałem. Nie mówię, że poznałem wszystkie, ale troszkę poznałem. I takiego zepsucia jak wśród nas, nie widzę nigdzie. Jesteśmy na początku tworzenia nowej kultury i zdążyliśmy zgnić, zanim rozkwitliśmy. Funkcjonujemy ledwo kilka lat, a już mogę z pamięci wymienić sporo osób, które działały na szkodę innych poprzez oszustwa, kradzieże, zawieranie niekorzystnych umów, składanie propozycji poniżej godności drugiej strony, eksploatowanie młodszych i mniej znanych osób. Koleżeństwo i wielowymiarowe wsparcie obumarło błyskawicznie, ponieważ każdy chce być najlepszym komikiem, ale mało kto pamięta o tym banale, jakim jest bycie uczciwym człowiekiem. Sam taki jestem, szczególnie w kwestii siania niechęci i fermentu. Nie ukrywam się ze swoimi opiniami, ale jednocześnie nijak ma się to do polepszania kondycji polskiej komedii. Mało który z nas ulepsza siebie, ale z uwielbieniem żerujemy na innych, domagając się atencji, adoracji i akceptacji. Powszechne jest krytykowanie komedii innych osób (szczególnie poprzez użycie słowa “kasztaństwo”, w odniesieniu do czyjejś działalności), poprzez które daje się wyraz temu, że siebie uważa się za lepszego.

 

W lwiej części jesteśmy osobami, które dusiły się we wcześniejszym życiu, więc teraz ulegamy wrażeniu, że udało nam się złapać Boga za kostki. Ba! Jestem przekonany, że nam się to udało. Mieliśmy nawet z dwoma kolegami ostatnio rozmowę o tym, że uwielbiamy narzekać i się nad sobą użalać, a jedyne problemy jakie mamy, to te które sami na siebie ściągniemy swoim brakiem odpowiedzialności, a naszym jedynym poważnym, codziennym obowiązkiem jest zjeść śniadanie. Jeśli możesz o 5 rano, w środku tygodnia stać na balkonie, palić peta, pić kawkę i patrzeć na budzące się miasto, nie dlatego, że musisz wstawać do pracy, ale dlatego, że to po prostu lubisz robić, to nie masz źle w życiu. Wyrwaliśmy się z korporacji, kancelarii, ciasnych barów, z tego wszystkiego, co sprawiało, że czuliśmy jak nasza praca jest eksploatowana, a my nie dostajemy za to wystarczającej nagrody. Teraz każdy ma tylko tyle i aż tyle, ile sobie sam wypracuje i sam ze sceny wyrwie.

 

A jednak wciągamy ludzi w znajomość z nami, oferując im człowieka, którego w zasadzie nigdy nie ma na miejscu, a jak jest, to jest zbyt pochłonięty sobą lub ma zbyt dużą potrzebę, aby wytchnąć od wszystkiego. Niektórzy przestali się w to angażować i żyje im się jakby lżej. Inni umiejętnie rozgraniczają życie rodzinne i prywatne, ale to też dlatego, że pozycja pozwala im na to, aby odmówić występu ze względu na rodzinę. Nie mogę mówić za innych, ale sam przestałem swoje życiowe szczęście uzależniać od istnienia drugiej osoby. Czemu? Ponieważ wszyscy jesteśmy zastępowalni. Nie znaczy to oczywiście, że ktoś nie może mi tego szczęścia dawać, ani że nigdy z nikim nie będę. Przeciwnie, dzięki tej myśli wiem, że jeżeli jedna relacja się nie uda, to wcale nie musi oznaczać, że już nigdy nie będę szczęśliwy. Jednocześnie jestem otwarty na to, że w danym momencie może stać się absolutnie wszystko. Ponieważ wszyscy jesteśmy zastępowalni, a moje szczęście nie jest konstytuowane przez czyjąś obecność.

 

Moje życie, życie prawie każdego z nas, to w bardzo dużej części tułaczka. Często po dwadzieścia, dwadzieścia pięć dni w miesiącu. Moja najdłuższa trasa trwała trzydzieści siedem dni. Była to nieustająca impreza, pełna niesamowitych wydarzeń, świetnych występów, długich nocy, licznych używek. Została napisana masa tekstów, odwiedziłem ogrom miast, choć w żadnym nie byłem dłużej, niż 10-12h, więc głównie zwiedziłem bary. Kiedy wróciłem i doświadczyłem pierwszego dnia samotności, zamieniłem się w kłębek nerwów. Przez tydzień nie chciałem się z nikim widzieć, z nikim rozmawiać, nigdzie wyjść. Znajdując się więc, w zasadzie bez ustanku, w sytuacjach skrajnych, najbardziej zależy mi na tym, aby unikać emocji z różnych biegunów i starać się dbać o higienę uczuciową, co wcale nie jest łatwe, biorąc pod uwagę jak intensywne potrafi być moje życie.

 

Czy jestem więc szczęśliwy?

Unikam tego jak ognia.

 

Kolejny wpis już 7 października, ale Ty możesz przeczytać jej treść jako pierwszy:

https://www.subscribepage.com/szwed-uper-subskrybuj-bloga



Autor:
Tomasz Kwiatkowski

LOGOWANIE
Newsletter wydarzeń

Zapisz się do informatora i odbieraj co dwa tygodnie aktualny repertuar na swojego maila.

Wyrażam zgodę na otrzymywanie korespondencji drogą elektroniczną. Nie martw się też nie lubimy spamu dlatego dostaniesz od nas raz w miesiącu info o wydarzeniach w Twoim województwie.

Akceptuję regulamin


Partnerzy: