(opublikowano: 2019-02-17 17:18)

Dzień 11. Instynkt

"Tutaj pozwolę sobie przejść od razu do meritum: rozmowa dość szybko schodzi na tematy schyłkowe, szczególnie, że kolejna osoba z naszej dawnej klasy wywinęła fikołka i choć był piękny, to spadła na ryj."



Dzień Jedenasty - Instynkt

 

Czasami, jeszcze zanim otworzę oczy, ale już nie śpię, szukam ręką położonych gdzieś blisko łóżka kropli do oczu, żeby nawilżyć sobie gały, zanim zacznę wykonywać jakiekolwiek inne czynności. Zazwyczaj przygotowuję sobie te krople już niemal o tym nie pamiętając, ale jest to taki ostatni podryg odpowiedzialności, bo wiem, że rano będę miał w ślepiach suchą, ropną tragedię. Mieszanka tanich używek, petów i krótkiego snu skutecznie wysysa wilgoć z gałek ocznych. Piękna sprawa.

Kiedy udaje mi się zwlec z łózka, idę do łazienki, spojrzeć na ten obraz nędzy i rozpaczy, jaki maluje się na mojej twarzy. Patrząc w lustro, patrzę sobie w oczy, przekrwione, różnokolorowe i, tak jak każdy, nie umiem skupić spojrzenia na jednym. Zdrowym okiem naprzemiennie wpatruję się to w jedno, to w drugie oko. Przysięgam Wam, że to jest jak patrzenie na dwie, różne osoby. Podczas gdy moje sprawne oko ma jakiś w sobie wyraz, błysk i wyraża sobą cokolwiek, to w tym samym momencie to ślepe oko jest mętnym, niewyraźnym i nie za bardzo skupionym na czymkolwiek urządzeniem, które po prostu nauczyło się udawać zdrowe ruchy.

Jak łatwo się domyślić, z tym zabiegiem pójdę w tę stronę, że sam się tak ze sobą często czuję. Jak dwie, dość różne od siebie osoby w jednej. Tym razem udało mi się wytrwać trzy dni, podczas których patrzyłem na świat “niebieskim okiem”. Udało mi się wiele spraw ogarnąć, doprowadzić do finalizacji kilku umów, załatwić sobie kilka występów. Gdy tylko więc poczułem luz z tym związany, natychmiast górę nade mną wzięła ta druga, nieco bardziej nieułożona natura. Chyba każdy z nas ma tego swojego pupila, który się czai, żeby w odpowiednim momencie wyskoczyć z nory, tylko potrzebuje powodu. Dla niektórych to gniew, dla innych smutek, dla mnie jest to znikome nawet poczucie, że odwlokłem problemy, że z czymś sobie poradziłem, że mam ten wspomniany luz.

Prysznic trwa długo i jest zimny, wręcz lodowaty, trzęsę się, ale czuję, jak skutecznie zmywa ze mnie te wszystkie wczorajsze śmiesznostki. Mózg zaczyna działać, oczy się klarują. Czas ułożyć trochę brodę, rozczesać kudły, z każdą kolejną czynnością staję się coraz bardziej człowiekiem. Dzisiaj ważny dzień - otwarcie sezonu w moim rodzinnym Grudziądzu. Uwielbiam tych ludzi, to są dzikusy. Nie miałem do czynienia z lepszą publicznością w Polsce. Pewnie wielu komików, mówi tak o swojej publice, ale oni gówno wiedzą. Grudziądz to dzikość serc. Oni chcą krwi. To jest rezerwat, który się wymknął spod kontroli. Byłem świadkiem, jak to mordercze plemię przestało się kiedyś śmiać z tego jak Sebastian Rejent ciśnie typa, który mu wlazł na scenę. Przestali się śmiać, bo zaczęli się wydzierać, skandować, drzeć mordy ku wsparciu Seby. Igrzyska. Co ciekawe - mimo, że wiedzą, że człowiek, który się wtrąca, zostanie zjedzony, co miesiąc się znajdzie jakiś jeden baran. Tak jakby Grudziądz składał mi ofiarę. Wspaniali ludzie, nie mogę się doczekać.

Kiedy już doprowadzę się do porządku, ubiorę, zjem, ruszam na umówione ze znajomą spotkanie, jeszcze przed występem. Tutaj pozwolę sobie przejść od razu do meritum: rozmowa dość szybko schodzi na tematy schyłkowe, szczególnie, że kolejna osoba z naszej dawnej klasy wywinęła fikołka i choć był piękny, to spadła na ryj. Także cóż rzec, kolejny pogrzeb się szykuje. W trakcie rozmowy o charakterze i sensowności pada z jej strony zdanie: Ja po prostu każdego dnia decyduję się, żeby żyć. Jestem zdeterminowana na życie.

Co?

Nie, nie robisz tego. Nie możesz nazywać instynktu decyzją. To tak nie działa. Żyjesz, ponieważ masz taką potrzebę. Nie decydujesz się jeść, potrzebujesz jeść. Decyzją jest zakończenie życia, strajk głodowy, postępowanie wbrew swojej naturze, w totalnej do niej opozycji. Decyzję podejmuje człowiek, który decyduje się na eutanazję, nie zaś ten, który kurczowo trzyma się życia, tak jak mamy to zapisane w naszym postępowaniu i co jest najnormalniejszą możliwą reakcją. Nie ma żadnej determinacji i odwagi w codziennej pobudce, ponieważ nieważne jak jest źle i podle, większość z nas będzie się trzymać tego ochłapu, który nam został. Nie wywiniemy się od tego, niewielu z nas to potrafi - stwierdzić, że walka już nie ma sensu, że już nie chcą. Że życie wcale nie musi być równoznaczne z posiadaniem jakiejkolwiek wartości. “Czaisz, świat nie ma sensu, sam go życiu nadajesz” jak to ostatnio Pezunio nawija. Trzeba się pogodzić z tym, że niektórzy go tracą, nie potrafią odnaleźć i nie mamy żadnego moralnego prawa tych ludzi oceniać. Jednakże, to oni są tymi, którzy podjęli decyzję, nie my, którzy funkcjonujemy dalej, bez względu na problemy. Ponieważ to my, nie oni, działamy zgodnie z naturą. Nie ma w tym krzty decyzyjności.

Kilkoro moich znajomych, którzy podjęli próbę zrobienia lifexitu, ale zaliczyli porażkę w tej kwestii, mówi że nie było w ich życiu, które było złe, smutne, rozbite, bez żadnej wartości w ich mniemaniu, bardziej klarownej chwili, niż moment, w którym powzięli decyzję o samobójstwie. Moment decyzji jest czysty, jasny, wręcz oczywisty. Klamka zapadła. Niektórzy podjęli ją kompulsywnie, od razu zmierzając ku końcowi, a niektórzy to sobie zaplanowali. Wiedzą, że za trzy miesiące koniec, załatwiają swoje sprawy, żeby nikogo nie obarczać niczym, zakładają w miarę pozytywne maski, pomalutku realizują plan - nabywają leki, dobre trunki, mocne sznury, montują odpowiedni stelaż w mieszkaniu, no różne rzeczy - po prostu planują swoją przyszłość. I opowiadali mi, że każdy dzień był temu przyporządkowany. Efekt taki jak zawsze - gdy już dochodzi do czynu, nagle się okazuje, że nikt dookoła się nie spodziewał. To dobry był chłopak i mało pił. Miły, miły, miły, miły, młody człowiek. Co mu do głowy strzeliło? Nic mu nie strzeliło. Przemyślał, zaplanował, podjął decyzję przeciwną do naszego codziennego postępowania.

Oczywiście można podnieść, że to właśnie walka nosi znamiona decyzyjności, że to człowiek decyduje, żeby codziennie dawać radę, co z resztą koleżanka mówi - że no właśnie, to my swojemu życiu sami nadajemy sens. Przecież to są nasze postanowienia. Operujemy jednak tutaj nie w sferze faktów, a opinii. Ona uważa tak - ja, jako inny rabin, uważam że nie. Z mojej perspektywy przede wszystkim nie można hierarchizować tych postaw czy gloryfikować jakiejkolwiek z nich. Tak jak po stronie samobójców istnieją ludzie, którzy tchórzliwie uciekli przed problemami, tak po drugiej stronie są ludzie, którzy jak robactwo, kurczowo trzymają się czegoś, co nie ma żadnej wartości. Tak jak po jednej stronie są tytani walki, którzy pokonują wiele przeszkód, tak totalnie jestem w stanie zaakceptować, że ktoś inny nie ma już na tę walkę sił i nie widzi w niej dalszego sensu. Jednakże! Przetrwanie jest wpisane w nasz kod, w ten sposób funkcjonujemy. Nie ma więc czegoś takiego jak “decyzja, żeby żyć dalej”. Godzisz się na to, nie decydujesz się na to.

Także spotkanie owocne, bo wychodziłem z niego bardzo nabuzowany, nakręcony wręcz. W dziwacznie dobry sposób, możliwe że po prostu dlatego, że po prostu mogłem coś zakontestować.

Dzisiaj będzie rozpierdol.

 

autor: Tomasz Kwiatkowski

LOGOWANIE
Newsletter wydarzeń

Zapisz się do informatora i odbieraj co dwa tygodnie aktualny repertuar na swojego maila.

Wyrażam zgodę na otrzymywanie korespondencji drogą elektroniczną. Nie martw się też nie lubimy spamu dlatego dostaniesz od nas raz w miesiącu info o wydarzeniach w Twoim województwie.

Akceptuję regulamin


Partnerzy: