(opublikowano: 2019-01-13 12:32)

Dzień 9. Radość

"[...] czemu ja tak unikam tej radości? Przecież to wspaniałe, wypełniające człowieka po brzegi uczucie. Daje wrażenie bycia silnym, satysfakcję, pozwala podnieść głowę. Tak się powinno żyć, robić wszystko, żeby być radosnym, w tym kierunku powinno się zmierzać. Czuć dobrze, człowiek. Mieć w sobie promyk i rozdawać ten promyk."



Dzień dziewiąty - Radość

 

Idzie się przyzwyczaić do nieustannego pobytu w pociągu. Wczoraj trochę się tym martwiłem, że uojezu, znowu to zapierdalanie z PKP i związane z tym śmieszki. W sumie tak do końca nie jest. Tak jak z każdą inną rzeczą, z którą wiążesz większość swojego życia czy czasu - uczysz się budować system. To niemal identyczne jak z wstawaniem rano do pracy - wiesz, o której masz autobus, wiesz o której ruszyć autem i przewidujesz korki, pierdoły. Tak samo ja w drodze na pociąg jestem zawsze gotowy, spakowany, zabiletowany, jestem tam wcześniej i mam na w razie czego ogarnięte, że są blabla, którymi mogę jechać. Działa to szczególnie jak jestem w takim stanie jak teraz. Czyli w jakim? Mordunie, trzeźwiutki od trzech dni. A jak ja jestem trzeźwy, to się zamieniam w pracowitą i ogarniętą bestię, niesamowity jestem, bez beki. Byście chcieli być w połowie tacy jak ja, jak jestem trzeźwiuteńki. Nie ma sprawy, której nie ogarnę, nie ma odkładania na później, nie ma gburzenia i siedzenia na chacie, odcinając się od ludzi. Jest hype i jest super i możecie mi naskoczyć, nikogo nie potrzebuję, tak zajebiście ogarniam. Serio.

Nie ma śladu wyczerpania, które zazwyczaj mi towarzyszy, jasność myśli i ogólne poczucie, że po prostu jest w porządku wszystko. Dlaczego ja częściej nie dbam o to, żeby tak się czuć? Jezu, nawet sobie pomyślałem, że wieczorem by można pobiegać, ale też sobie myślę, że bez przesady, styka, że się toreb dzisiaj nadźwigam. Z resztą, muszę mieć dużo energii, bo dzisiaj ważny dzień - po raz pierwszy w życiu występuję na wielkiej hali, przed tysiącem ludzi. Chyba dlatego nie piłem przez ostatnie kilka dni, żeby być w stanie to objąć myślami i nie zesrać się w nocy ze strachu. Mało rzeczy odpręża tak, jak czysta pościel.

Gdy docieram na miejsce, loguję się w hotelu, a to piękny, czterogwiazdkowy hotel w centrum miasta, więc sam pokój i możliwość zamówienia czegokolwiek do niego, bez potrzeby łażenia gdziekolwiek już odpręża. Warunki iście królewskie. Grzechem by było nie zwalić sobie tu konia, moi mili czytelnicy. Myślę, że to powinna być nagroda za dobrze wykonaną pracę - możliwość masturbacji w pięknym pokoju hotelowym z łazienką z podgrzewaną podłogą. Ileż mniej nerwów by rządziło ludźmi.

Na miejscu występu spotykam tych wszystkich bardziej znanych ode mnie ludzi, którzy potrafią lepiej pisać, lepiej żartować, są bardziej popularni. Cenię sobie większość z nich, tak ogólnie, nie tylko tych, którzy w tej konkretnej chwili mnie otaczają. Cieszę się ich rozwojem, karierą, wielu z nich jest dla mnie przykładem, jak powinno się pracować, wyznacznikiem co jest dla mnie zabawne. Jest grupa komików, których mógłbym słuchać godzinami, bo są to najzwyczajniej na świecie arcyciekawe osoby, które dobrze posługują się aparatem mowy i dostępnym im językiem. Są też takie flepy, na które patrzę i sobie myślę, parafrazując bloga “Jak Żyć?”*, kurwa ziomek, jakim cudem ty zrobiłeś karierę? Jest trochę takich osób, które okłamały wszystkich, że są fajne i ludzie w to uwierzyli, łyknęli to i teraz te kurwieszony zajmują należne mi miejsce na piedestale. Możliwe też, że wina leży po mojej stronie i w tym, że uważam, że super śmieszne jest nagranie swojego całego programu na kawałku palety i nazwanie go “Wulgarny stand-up o ruchaniu”. Możliwe, nie pewne, historia to oceni.

Samo wejście na scenę jest dość dzikie, ponieważ jestem przedskoczkiem, supportem wydarzenia, nie jego główną częścią. Plan jest taki, że zapowiada się mnie ze sceny, ja wchodzę i robię swoje, a potem schodzę i dopiero zaczyna się właściwa część: muzyka, światła, cała feta, gwiazdy. Nie jest łatwo nagle w takich warunkach występować, spróbować bez niczego wcześniej zagrzać do walki ponad tysiąc ludzi. Tysiąc dwieście konkretnie. Także nerwy zaczynają się udzielać, zaczynam o tym coraz więcej myśleć na backstagu, a tu nagle: Kwiatek wychodzisz. Ja pierdolę. Nie mija chyba nawet osiem sekund i jestem na scenie. Brawa były, ale bez przesady, w końcu to tylko support. Przez ułamek sekundy, który wydaje się trwać od zawsze i nigdy się nie skończyć, cały się trzęsę. Potem idzie pierwszy żart, drugi, kolejny, robię wymagane siedem minut. Tak do końca, to nie wiem jakie były reakcje. Nie potrafię tego wyczuć na takiej hali. Chyba było ok. Zrobiłem to co umiem, tak jak umiem najlepiej. Wyszedłem obronną ręką i szczerze mówiąc - na pierwszy raz mi to wystarczy. Teraz tylko zejść, przeżyć, posilić się, bo dociera do mnie, że prawie dzisiaj nic nie jadłem. Na szczęście na bacsktagu jest sushi. Bogate skurwysyny, myślę sobie o kolegach z branży, którzy odnieśli sukces i zjadam sam połowę, mimo że ja nawet tak nie do końca kurwa lubię sushi.

Nie czaję, co takiego fajnego w zimnej rybie z ryżem. No jest to przekąską spoko i ciekawa, ale bez srania się nad tym, Jezu. Coś jest trochę bardziej egzotyczne, kosztuje trochę więcej i już ludzie mają laksę w portkach. Ja pierdolę, ogarnijcie się. A niech mi ktoś, ktokolwiek, skurwysynu możesz być wielkim kabanem, który ma pięści jak główki kapusty, niech mi tylko ktoś powie “BO NIE JADŁEŚ DOBREGO SUSHI” to mu mordą asfalt wytrę. Bez beki, zatłukę. Skąd wezmę siły? Z kurwa sushi, bomby białkowo-węglowodanowej, nad którą się tak spuszczasz. JA nie jadłem dobrego sushi? Ja pierwsze sushi jadłem, jak Ty się widelca kurwa uczyłeś używać, a na dziadka mówiłeś “dziadzi”, kurwiu, a jadłem takie co kosztowały tyle, że sam nie wiem skąd miałem na to hajs. A już wiem - szybka pożyczka bo szedłem na randkę z typiarą, którą UUUUWIEEEELBIAAAAAŁA SUUUUUSHIIIII. I wiesz co kurwa? I nic, była tak samo nudna jak to ścierwo, ja pierdolę.

Po krzepiącym posiłku, wracam do hotelu, nie imprezuję z nimi, nie chcę. Dobrze mi z trzeźwością. Chcę ją przez chwilę pielęgnować, bo wiem, że prędzej czy później, znowu wpadnę w odmęty. Zawsze wpadam. Zawsze, prędzej czy później przyjdzie pochylenie się nad kieliszkiem, zajrzenie na dno butelki, męczący kac, wyprucie z emocji i nieustające przez kilka tygodni rozkojarzenie. Ale póki mam siłę, żeby to odwlec, chcę tego unikać. Gdy leżę sam w łóżku, odprężony, ze świadomością wykonanego poprawnie zadanie, zdrowo zmęczony i ułożony, czuję coś, czego przecież tak staram się unikać, żeby nie wykraczać poza swoje bezpieczne ramy emocjonalne. Czuję się radosny i patrząc w sufit, uśmiecham się. Jest mi dobrze. Mam dobre życie. Jedyny mój problem, to ja sam, a umiem sobie od jakiegoś czasu z tym fantem nawet nieźle radzić. Nawet jeśli rozumiemy przez to pojedyncze wybuchy i utratę nad sobą kontroli pod wpływem zasranego sushi. Jebane sushi.

Kurde bele, czemu ja tak unikam tej radości? Przecież to wspaniałe, wypełniające człowieka po brzegi uczucie. Daje wrażenie bycia silnym, satysfakcję, pozwala podnieść głowę. Tak się powinno żyć, robić wszystko, żeby być radosnym, w tym kierunku powinno się zmierzać. Czuć dobrze, człowiek. Mieć w sobie promyk i rozdawać ten promyk.

A bo widzisz drogi czytelniku, unikam radości, bo radość jest chwilowa. Jest przemijalna, a droga do niej i zabieganie o radość, to gra nie warta świeczki. Ludzie, którzy za szczęściem i radością gonią, to najbardziej zmęczeni i najłatwiejsi do złamania ludzie, jakich znam. Ludzie pragnący szczęścia i radośc, to zestresowane, przerażone wizją porażki osoby. Nie mogą sobie wyobrazić życia w gniewie czy smutku, nie potrafią się oswoić ze swoimi emocjami, z tym kim są. Koniecznie chcą być szczęśliwi, bo nie rozumieją, że można się czuć ok, będąc w innym stanie emocjonalnym. Nie dociera do nich, że człowiek, który jest chronicznie smutny, nie musi się z tym czuć beznadziejnie albo, że ma depresję. To radośni ludzie na nią częściej zapadają. Nie wiem czy tak jest, tak tylko uważam. Nagroda, jaką jest radość, jest niewspółmierna do starań, jakie trzeba włożyć w zabieganie o nią.

Radość to pułapka, a sushi należy jebać**.

 

 

* Swoją drogą polecam Panów piszących jak żyć - od dobrych 7-8 lat są niedoścignionym dla mnie przykładem jak można pisać nienachalnie i zajebiście lekko o rzeczach ciekawych ważnych. Zero pretensjonalności. Świetne ziomy.

** Serio, kurwa, jest 2019, ileż można się jarać zasranym sushi? Jest od chuja innego dobrego jedzenia, można odkryć na nowo kuchnię polską, która jak w dobrej restauracji dostanie muśnięcie miłości od szefa kuchni, to Wam oczy z orbit wylecą, ale co Wy kurwa możecie wiedzieć o delikatesach z wątróbki, grasicy czy o kiszonkach przeróżnych, pożeracze standardu, Wam to tylko czipsy żreć i do martwych ryb się spuszczać!***

*** Tutaj chciałem napisać, że przepraszam, bo może trochę przesadzam z tą nienawiścią do sushi, ale właśnie mi stanął przed oczami obrazek pałującego się nad sobą i swoimi rolkami bakłażana jebanego i już mi przeszło to przepraszanie, pierdolę takich ludzi, Jezus kurwa mać.

 

Autor: Tomasz Kwiatkowski

LOGOWANIE
Newsletter wydarzeń

Zapisz się do informatora i odbieraj co dwa tygodnie aktualny repertuar na swojego maila.

Wyrażam zgodę na otrzymywanie korespondencji drogą elektroniczną. Nie martw się też nie lubimy spamu dlatego dostaniesz od nas raz w miesiącu info o wydarzeniach w Twoim województwie.

Akceptuję regulamin


Partnerzy: