(opublikowano: 2018-12-30 19:37)

Dzień 8. Dlaczego

"To jest dopiero dziwaczne uczucie. Występ. Nieważne co Ci jest i jak bardzo, kiedy wchodzisz na scenę, przechodzi Ci. Przez dokładnie tyle czasu, ile potrzebujesz na występ, masz tyle sił, ile jest niezbędne do jego wykonania. To ciekawe zjawisko na zachodzie znane jest pod pojęciem “stage healing”. Określenia tego się nauczyłem ze speciala Pattona Oswalta - Clapping for Talking. Czego już jednak ten poczciwy grubasek i bardzo mądry człowiek nie powiedział - ten dług potem trzeba spłacić."



Dzień Ósmy  - Dlaczego?

 

Dzisiaj zaczyna się mniej wygodna część trasy. Jest tak jak przewidywałem przy pakowaniu - miałem wyjechać na pięć dni, na dwa gdzieś odetchnąć, przepakować się i ruszyć dalej. No ale nic z tego, zrobiła się z tego kombinacja: sześć - jeden dzień przerwy na chlanie i pranie - jedziemy dalej. Dotychczas poruszałem się wszędzie z ekipą samochodami, więc było raczej wygodnie, poza tym na niedużych dystansach. Standardowo przemieszczam się pociągami, rzadziej autobusami, a ostatnią opcją jest blabla. Nie, żebym nie lubił, po prostu zazwyczaj Ci ludzie w blabla są absorbujący i nie idzie nawet poczytać w drodze.

W drodze spędzam, o czym już chyba wspomniałem, około dwudziestu dni w miesiącu. Rzadko poniżej czterech godzin, zazwyczaj podróż zajmuje około pięciu godzin. Te kilkaset minut to jest idealny czas, żeby wyjąć kompa, przepisać myśli, zredagować teksty, przeanalizować żarty, coś doskrobać. Staram się podróżować tak, żeby w drodze nie przejmować się niczym, więc obiad w Warsie jest dla mnie standardem. Opóźnienia mi nie straszne - zawsze dobieram pociąg tak, żeby być odpowiednio wcześniej przed występem. Wtopa związana z nieplanowanym poślizgiem pociągu zdarzyła mi się kilka razy. Także w pociągu mam gdzie siedzieć, gdzie się podłączyć, co zjeść i ewentualnie czas na drzemkę.

Po wyjściu na dworcu, jeśli czas pozostały do występu na to pozwala, chce jak najszybciej zrzucić torbę w hotelu, więc lecę się zameldować, przebrać, umyć po podróży. Prysznice biorę czasami nawet trzy razy dziennie: gdy rano budzę się skacowany, po podróży, gdy czuję od skóry zapach pociągu oraz w nocy, kiedy pijany po występie wracam do hotelowego pokoju. Jak nie jestem skacowany, to też biorę trzy prysznice, podobno to niezdrowe, ale woda to jest chyba jedyna rzecz, która jest w stanie mnie postawić na nogi albo odprężyć tuż przed snem.

Ogólnie rzecz biorąc cały dzień jest zawsze naznaczony wieczornym występem i pytaniami z nim związanymi: czy jest ogarnięty sprzęt? Czy są ogarnięte miejsca? Czy bilety się sprzedały? Jak dobrać program? Cały czas nanosisz poprawki, garbisz się nad zeszytem, wprowadzasz korekty w tekście na kompie. Czytasz to, znowu przemeblowujesz, znowu się zastanawiasz czy tak będzie ok i czy nie umknie Ci jakaś sprawa, o której chcesz powiedzieć. Potem jest sam występ.

To jest dopiero dziwaczne uczucie. Występ. Nieważne co Ci jest i jak bardzo, kiedy wchodzisz na scenę, przechodzi Ci. Przez dokładnie tyle czasu, ile potrzebujesz na występ, masz tyle sił, ile jest niezbędne do jego wykonania. To ciekawe zjawisko na zachodzie znane jest pod pojęciem “stage healing”. Określenia tego się nauczyłem ze speciala Pattona Oswalta - Clapping for Talking. Czego już jednak ten poczciwy grubasek i bardzo mądry człowiek nie powiedział - ten dług potem trzeba spłacić. Tyle, że nie są to spłaty ratalne ani nic w tym stylu. W momencie, kiedy schodzisz ze sceny, dociera do Ciebie, że podświadomie, Twój organizm przez cały dzień oszczędzał siły, żeby wszystkie je włożyć w to, co przed chwilą zrobiłeś. Mogło oczywiście wypaść różnie. Nadal jednak, energetyczna pożyczka, jaka została zaciągnięta, musi zostać wyrównana. Występ jest więc zazwyczaj bardzo męczący, nawet jeśli to tylko godzina. Buduje się na nią cały dzień, nieustające bycie w stresie, obnażenie się przed publiką i same emocje na ostatnią godzinę przed samym wejściem na scenę. Ot, trema taka.

Zazwyczaj więc około godziny 22 jestem wyczerpany. Wydaje mi się, że mam prawo, pobudka to zawsze okolice 10, żeby się wymeldować na czas, podróż, praca, występ. Otóż, nie mam prawa, najmniejszego. Bo co robię, kiedy jestem taki wyczerpany i czemu tak naprawdę jestem wyczerpany? Otóż, niespodzianka, pierwsze kroki, po zejściu ze sceny, najpierw kieruję na papierosa, a natychmiast po nim, prościuteńko do baru po strzał wódki i małe piwo na zapicie. Jeśli występ był cienki - muszę się od niego odciąć. Jeśli występ był dobry - zasłużyłem. Wspaniała logika, która zaprowadziła mnie kiedyś na terapię, ale do tego jeszcze dojdziemy. Póki co, ustalmy że przegrywam tę walkę.

Podsumowując: cały dzień w drodze, noszenie bagaży, stres związany z występem od rana, aż do momentu po występie, potem katowanie się tym co nie wyszło i szklaneczka. Można by sobie zadać pytanie: to po co ja to w ogóle robię? Dlaczego?

Najbardziej się boję, że stanę się po prostu jednym z Twoich żartów.” To nie należy do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych, usłyszeć coś takiego od osoby, z którą się jest. Tym bardziej, że doskonale sobie zdajesz sprawę z tego, że nie do końca jej chodzi o sceniczny żart, tylko właśnie o Twoją nieumiejętność przejęcia się rzeczami i zaangażowania się w cokolwiek innego niż własne ja. Cóż mogę rzec, nie wchodząc zbyt głęboko w moje osobiste życie, zrobiłem z niej żart. Paskudny, podły i zły żart, którego będę się długo wstydził. Łatwość z jaką przychodzi mi przekreślanie i odpychanie ludzi, którzy mogliby stać się dla mnie ważni, jest porażająca. Tyle, że nie dla mnie, ja to traktuje normalnie. Poraża to zewnętrznych obserwatorów, a ja nie rozumiem do końca ich oburzenia. Nie nawykłem do tego, że wszystko jest żartem, bo to po prostu od zawsze wiem. Nie zrobiłem z Ciebie żartu Moja Droga, byłaś nim, jak wszystko inne, jak ja sam, od samego początku.

Nie istnieją dla mnie inne problemy, niż finansowe, a i one same są traktowane przeze mnie jako najłatwiejsze do pokonania. Liczę się z tym, że nie jestem lubiany, że potrafię przestraszyć bliskich swoimi nieco autodestrukcyjnymi skłonnościami. Nie dotyka mnie, kiedy ktoś próbuje mnie obrazić, przestałem się przejmować tym, że mogę kogoś odstręczyć swoim nieustannym zdenerwowaniem. Przeciwnie, z wściekłości biorę energię do pisania i występowania, niegdysiejszą fizyczną agresję i emocjonalną autoagresję przekułem w kreatywność. Potrafię się sam w ten stan wprowadzić na potrzeby występu i potrafię w miarę sprawnie z niego sam wyjść. Bo tak skonstruowałem swoje obecne życie: raczej odseparowane od innych, z minimalnym stanem posiadania (jestem w stanie się spakować w torbę podróżną i plecak turystyczny, to mieści moje wszystkie rzeczy), w oparciu o to, że wszystko jest błahe.

Skoro jednak wszystko jest błahe, to skąd brać pieniądze na smarowanie chleba masłem? Postanowiłem, że ze swojej zdiagnozowanej przez profesjonalistkę socjopatii, zrobię sposób na życie. Po wyjściu na scenę, okazało się, że wcale nie jest tak, że się niczym nie przejmuję. Teraz wszystko co mam, wszystko o czym myślę i wokół czego się kręci moja teraźniejszość oraz to jak planuję przyszłość, wszystko opiera się o scenę. Tam za każdym razem wylewam pot i nerwy, tam się uzewnętrzniam i wypruwam sobie flaki, tak jak nigdy dla nikogo i dla niczego. Zniknęło to uczucie braku uczucia. Przejmuję się czymś i jest mi z tym... no stresująco ogólnie. Ale w końcu to są prawdziwe problemy, a nie jakieś urojenia pijaka czy wymysły gówniarza. Są to sprawy, które mogę, umiem i przede wszystkim chcę załatwiać. Także jakby nie żarciki, to pewnie jakiś taki wegetatywny stan by mnie czekał. W stylu stania za barem i patrzenia z nienawiścią na ludzi, którzy nie muszą zapierdalać po kilkanaście godzin dziennie.

Także spoko jest.

 

autor: Tomasz Kwiatkowski

LOGOWANIE
Newsletter wydarzeń

Zapisz się do informatora i odbieraj co dwa tygodnie aktualny repertuar na swojego maila.

Wyrażam zgodę na otrzymywanie korespondencji drogą elektroniczną. Nie martw się też nie lubimy spamu dlatego dostaniesz od nas raz w miesiącu info o wydarzeniach w Twoim województwie.

Akceptuję regulamin


Partnerzy: