(opublikowano: 2018-12-03 16:41)

Dzień 6. Chciwość

"Uwielbiam przebywać z tymi ludźmi. Jesteśmy gromadką bardzo różnych osób, każdy o odmiennym podejściu zarówno do życia, i do komedii. Te kocopoły co ja sobie pierdolę, to są tylko moje teorie, moje wynurzenia. Można się z nimi zgadzać lub nie, ale zrozumienie jakim wobec siebie się wykazujemy, dalece przekracza inne kontakty jakie miałem w życiu. Najlepsza jest z nimi właśnie praca, ponieważ każdy z nas potrafi się wczuć w styl innego i podsunąć coś w tej narracji. "



Dzień szósty - Chciwość

 

Dzisiaj kończymy wakacyjną część naszej trasy. Wieczorem ostatni występ, nasze drogi się potem rozjeżdżają w różne strony, każdy rusza ku swoim zobowiązaniom. Spędzamy ten dzień w sumie w całości razem, już bardzo spokojnie, bez żadnych ekscesów. Gramy w arkadowe gierki, spożywamy razem posiłki, doszlifowujemy ostatnie teksty, które zrodziły się w ciągu ubiegłych pięciu dni. Jest co robić i wszystko ubiega w tej spokojnej atmosferze, jaką są w stanie wykształcić dookoła Ciebie tylko i wyłącznie naprawdę bliskie osoby. Wszystko w tych delikatnych oparach pożegnania. To było naprawdę dobre pięć dni, pełne przygód, zabaw, używek i praktycznie każdy z tych dni kończył się jakimiś ciekawymi przemyśleniami czy wydarzeniami.

Uwielbiam przebywać z tymi ludźmi. Jesteśmy gromadką bardzo różnych osób, każdy o odmiennym podejściu zarówno do życia, i do komedii. Te kocopoły co ja sobie pierdolę, to są tylko moje teorie, moje wynurzenia. Można się z nimi zgadzać lub nie, ale zrozumienie jakim wobec siebie się wykazujemy, dalece przekracza inne kontakty jakie miałem w życiu. Najlepsza jest z nimi właśnie praca, ponieważ każdy z nas potrafi się wczuć w styl innego i podsunąć coś w tej narracji. Często, jak rozmawiam z innymi komikami o swoim żarcie, to Ci po prostu nie potrafią dostrzec w nim mojej wizji, chcą z niego zrobić żart na swoją modłę. Tutaj tak nie ma, empatyczny flow pomiędzy nami pozwala mi myśleć o żartach abstrakcyjnie i w taki sposób, jak to robi introwertyk. Inni z kolei są w stanie wczuć się w moją agresję. Ciężko to nazwać wsparciem, jest to rodzaj empatii, umiejętności wczucia się w innego człowieka, która dotychczas wydawała mi się nieosiągalna. Może nie wszyscy w tej ekipie jesteśmy swoimi najlepszymi ziomkami, ale siedzimy sobie nawzajem w głowach.

Nie może jednak być idealnie, zawsze ktoś musi coś spierdolić. Tak jest i w tym wypadku. Po ostatnim występie, podbija do nas młodzieniaszek, ja wiem, może z dziewiętnaście lat miał, czyli różni nas około dekada. Zaczyna gadkę, że spoko występ, że fajnie, że ojezu to trzeba jednak mieć do siebie dystans, żeby tak do ludzi wychodzić i inne takie klasyczne durnotki, które sprawiają, że włącza nam się biały szum i uśmiech numer trzy. Ale nagle, moje ucho wyłapuje bliskie sąsiedztwo dwóch zdań: “jak to zacząć robić” i “czy da się na tym dobre hajsy zarobić”.

Skurwysynie. Pajacu pierdolony. Żaden z nas, kiedy wszedł na scenę, kiedy podjął pierwszą decyzję o napisaniu żartu, nie śmiał pomyśleć o pieniądzu. Myśl, że kiedykolwiek będziemy mogli się utrzymywać tylko z tej działalności, nie funkcjonowała nawet w sferze domysłów. Komedię robisz nie dlatego, że możesz coś z tego mieć, ale dlatego, że nie umiesz sobie już inaczej z tym wszystkim poradzić. Jak i również dlatego, że nic innego Ci nie wychodzi. Robisz ją przez absurdy, jakie Cię przytłaczają, pchają Cię ku temu, że musisz w jakiś sposób dać im ujście. Gnojek myśli, że my z tego całego dowcipkowania to mamy jakieś kokosy, darmowe alko, laski i narkotyki. Muszę uczciwe przyznać, że poza kobietami, to w sumie trochę się to zgadza. Jest za co pić i jest za co się pogrążyć w innych odmętach, ale te laski to w ogóle nie są jakieś zajarane komediowaniem. Ale to chyba tylko ja tak mam, bo ja to ciągle o tym jebanku i jebanku, to jak ja mam jakąś panią do siebie przekonać niby? No nie da się.

Ale wracamy do tego śmiecia zasranego, co to tylko o hajsie myśli. Bo żeby nie było, zadałem mu jeszcze kilka pytań pomocniczych i wyszło, że to jest to, co go interesuje, hajs. Chciwość, która stoi nie tylko za nim, ale za kilkoma osobami, które znam również w świecie komediowym, jest porażająca. To nie są ludzie, którzy chcą bawić innych. Oni Was traktują jak klientów, w ogóle nie ma ich z Wami. Dla każdego z nich, każdy z Was ma na czole naklejony banknot z odpowiednim nominałem. Tylko, że Ci, którzy z żartowaniem gdzieś już zaszli, są trochę usprawiedliwieni - w końcu jest to praca, nie oszukujmy się, że moim zamiarem jest wpierdalanie idei na obiad, bo tak nie jest, każdy z nas jest trochę koniunkturalnym ścierwem. Natomiast jak słyszę takiego pajaca, blondasa wystylizowanego, który w życiu nie miał nawet jednego prawdziwego problemu, że on chce w to wejść dla siana, to mi się pięści zaciskają.

Jest kilka ewenementów, które wystrzeliły przepotężnie i zasłużenie, może się to różnym, co bardziej drętwym osobom podobać lub nie podobać, co tam kto ze sceny mówi, ale to nie jest sprawa żadnego z nas i możemy tym lujom tylko sukcesu zazdrościć. Poza jednak tymi kilkoma zawodnikami, większość z nas, przez pierwsze kilka lat starało się i dalej się stara, godzić pracę z komedią. Zasuwaliśmy na dwóch etatach, czasami nawet po czternaście do szesnastu godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, żeby połowę pensji przewalać na wyjazdy na open mici, często na dokładanie do naszych pierwszych tras, bo nikomu nawet przez myśl nie przeszło, żeby trasę odwołać. Ciągle się zdarza, że z jakiegoś występu wychodzimy stratni, ale to nic. To wyżej to nie jest narzekanie, tylko stwierdzanie faktów. Taką drogę wybraliśmy, na to się zgodziliśmy i wiemy, ile jeszcze tego szajsu przed nami. Nikt, kto chce robić stand-up naprawdę, nie ma z tym problemu. Jest to kolejna cena do poniesienia - liczenie się z tym, że zainteresowanie czasami będzie rosnąć, czasami spadać, czasami kariera utknie w martwym punkcie, nie wiadomo na ile.

Nie jest w stanie zrozumieć tego ktoś, kogo pierwszym pytaniem przed wejściem na scenę jest, czy tkwi w komedii dobry hajs. Stary, tkwi. Pełno go jest. Ba, sam go trochę mam. Na bieżąco go przewalam, uwielbiam to robić, wręcz żyję ponad stan. Tylko dojście do tego to: jedzenie pasztetu, spędzanie połowy życia w pociągu, spanie po hostelach i ziomkach. Pracowałem dotychczas na wielu stanowiskach i wiadomo, że rozwój zawodowy jest wszędzie pewnym wyzwaniem, ale kurcze, muszę powiedzieć, że tutaj rezygnuje się z dużej części życia. Mało kto, jest w stanie być z kimś, z kim się jest na odległość w zasadzie zawsze. Wiele osób Ci powie, że są w stanie to znosić, że Cię zaakceptują. Zawsze jednak, po paru miesiącach, czasami po paru latach, wychodzi z nich, że oczekują dużo więcej stabilizacji, niż kiedykolwiek będziesz w stanie dać. Nie masz żadnego stałego punktu w życiu, a nawet jeśli masz, to nie traktujesz go, jako życiowej mety. Większość czasu spędzasz w otoczeniu obcych ludzi albo bardzo specyficznych przyjaciół, którzy średnio sobie radzą z patrzeniem dalej, niż czubek własnego nosa. No dokładkę rodzi się w Tobie tendencja to utrudniania sobie życia, bo jakoś wtedy śmieszniej. Oprócz tego, parę innych ciekawostek, jak wystawianie się na co najmniej kilka uzależnień, a co za tym idzie, umęczanie się zdrowotne, rozregulowany tryb życia, oraz gubienie co chwila jakiś bzdur, na które potem wydajesz po raz enty kilkadziesiąt, a nawet kilkaset złotych miesięcznie. Dołóżmy do tego, że działalność sceniczna to jednak jest swego rodzaju ekshibicjonizm. Jak jesteś gotów na te drobne niedogodności, to czeka na Ciebie najwspanialsze miejsce, w jakim się w życiu znalazłem i nie zamieniłbym go już nigdy na żadne inne.

Jednak co do pieniędzy, to chuj Ci w papę chciwy gnoju, nienawidzę Cię.

 

autor: Tomasz Kwiatkowski

LOGOWANIE
Newsletter wydarzeń

Zapisz się do informatora i odbieraj co dwa tygodnie aktualny repertuar na swojego maila.

Wyrażam zgodę na otrzymywanie korespondencji drogą elektroniczną. Nie martw się też nie lubimy spamu dlatego dostaniesz od nas raz w miesiącu info o wydarzeniach w Twoim województwie.

Akceptuję regulamin


Partnerzy: