(opublikowano: 2018-11-18 20:07)

Dzień 5. Szaleństwo

"Każdy ma swój dzień piąty, tylko w różnych terminach. On jednak zawsze przyjdzie. Czasami nawet po zakończeniu trasy, kiedy wrócisz do domu i z lubością zaryglujesz za sobą drzwi. Tak, żeby nawet rodzina, szczególnie rodzina, nie miała do Ciebie dostępu."



Dzień piąty - Szaleństwo.

 

Po pięciu dniach z tymi samymi ludźmi, szczególnie jeśli ktoś ma tendencję do łączenia ze sobą używek, docierasz do granicy. Budzicie się obok siebie, witasz się serdecznie i żartujesz jak zawsze. Może z mniejszą dozą cierpliwości, ale nie wykraczasz poza widoczne oznaki normalności. Równolegle w myślach brzmi bardzo powolna, odprężająca muzyka, a Ty każdemu z obecnych pomalutku wciskasz kciuki w oczy, słysząc ich wrzaski bólu, tuż obok toczonych z nimi rozmów. Oddech jest spokojny, śmiech jest wyraźny, wizje zaś, wręcz jaskrawe.

U każdego z nas się to objawia inaczej. Wszędzie ciągle poruszamy się razem i ciągle spędzamy razem czas, ktoś może się wyrwie na jakąś siłownie czy basen na moment. Poza tym - jesteśmy bez przerwy we własnym towarzystwie. W jednej jaskini, w jednym plemieniu, w jednej klitce. Uwielbiamy siebie nawzajem, dlatego jesteśmy na tej trasie. Nie zrozumcie mnie źle - jesteśmy przyjaciółmi nie bez powodu. Codziennie w zasadzie jesteśmy w kontakcie, dzwonimy do siebie lub piszemy, każdy wie, co tam u drugiego. Ma miejsce płynny przepływ informacji między nami. Ale w tej konkretnej sytuacji, mówimy o grupie indywiduów, które potrzebują dla siebie na co dzień bardzo dużo przestrzeni, a teraz żyją razem na bardzo ograniczonym poletku. Przychodzi więc krótkie załamanie, chwila, moment wręcz, kiedy zatracasz się na ułamek czasu w jakimś dziwacznym stanie. Może jest to forma eskapizmu. Może to właśnie nie szaleństwo, tylko ostatni zew normalności, która rozpaczliwie namawia Cię, żebyś zrezygnował z tej drogi na życie, dla której rzuciłeś absolutnie wszystko inne? Od wykształcenia, przez pracę, po przeróżne relacje. Być może tak jest.

Siedzimy więc i jemy śniadanie. Jeden z nas, od kilku dni nie zamyka jadaczki. Przerywa wszystkim, we wszystko się wtrąca, każdy z nas traktuje to ze sporą swobodą i daje przyzwolenie na takie coś - ot, raz na ile się widzimy w takim gronie, żeby teraz syf robić? Nagle jednak, ktoś się do niego obraca i mówi: Jebie Ci z mordy. Zamknij się, rozumiesz? Kamienna twarz, brak emocji, spojrzenie puste jak u kota. Prosty, nagły, krótki i wyrwany z kontekstu komunikat. Cisza trwa niedługą chwilę i rozpływa się w kolejnym temacie, który siada nam na językach. Koniec sceny. Słowotok tego pierwszego po chwili wraca i nikt nie zwraca uwagi na to, co przed chwilą się stało. Ot, wybuch. Wkradła się drobinka szaleństwa i przeszła.

Innym razem ktoś dostaje ataku paniki. Mieliście kiedyś atak paniki? Ja nie miałem żadnego od niemal dwóch lat, odkąd rozstałem się z byłą narzeczoną. Podczas związku miewałem je nawet kilka razy w tygodniu. To bardzo ciekawy stan. Zazwyczaj kiedy masz jakieś złe czy mroczne myśli, starasz siebie przekonywać, że nie jest tak tragicznie, że jakoś sobie poradzisz. Masz w głowie jakiś wentyl, przyjdzie ktoś z zewnątrz, przytuli, powie dwa słowa i jakoś nie zawsze jest lepiej, ale tworzy się wyłom, dzięki któremu możesz złapać jakąś, byle jaką nawet, perspektywę. Nieważne jak jest źle, kiedy masz dołek, jesteś w stanie jakoś z niego wyjść samodzielnie, otworzyć sobie w głowie furtkę do innych myśli, włączyć serial, posłuchać muzyki, która Twój nastrój podkreśla lub Cię z niego wyciąga.

Przy ataku paniki to nie działa. Wyobraź sobie pokoik: dwa na dwa metry, bez drzwi i okien, gdzie każdy Twój oddech zabiera kolejną dawkę tlenu i ogranicza Twoją przestrzeń coraz bardziej. Na start wiesz więc, że będziesz się dusić. Jeszcze się nie dusisz, ale już o tym wiesz, że tego nie da się uniknąć. Uwierz mi - dusisz się zawsze. Na każdej ze ścian, wyświetlają się wszystkie Twoje najgorsze wspomnienia, pomysły i wizje porażek nadchodzących planów. Nie słyszysz muzyki. Nie ma innych obrazów, niż te okropieństwa. Nie ma tam nic oprócz Ciebie, żadnych narzędzi. Jesteś nagi, więc nie możesz sobie nawet niczego zrobić, żeby uciec z tego miejsca. Pocisz się, ale nie masz się czym wytrzeć, jest Ci zimno, ale nie masz się czym przykryć. Dusisz się, ale nie ma żadnej możliwości stworzenia cyrkulacji powietrza. Najgorsze jest jednak, kiedy ktoś z zewnątrz próbuje do Ciebie dotrzeć. Ludzie, którzy nie mieli ataku paniki, nie rozumieją, że nie da się kogoś takiego przytulić, ogarnąć, doprowadzić do porządku. Możesz tylko patrzeć. Żaden z nich nie rozumie, że dotyk sprawia palący skórę ból, podczas którego myślisz tylko o tym, że na ten dotyk i na to pocieszenie nie zasługujesz, bo nie zasługujesz na nic, śmieciu. Bo jedyne co Ci zostało to ten najczarniejszy moment. Najpotworniejsze jest jednak święte przeświadczenie, że on się nigdy nie skończy. Choćby i atak trwał kilka minut, choćby budował się przez cały dzień, masz uczucie, niemożliwe do wyplenienia żadnymi sposobami, że to już jest na zawsze. I nie idzie od tego uciec, weź pod uwagę to, co napisałem wcześniej. W ciągu jednej chwili doświadczasz wiecznej rozpaczy.

A czasami po prostu wybuchasz po wpływem najzwyklejszego pytania w odpowiedzi na Twoje pytanie: Mogę dzisiaj występować w drugiej części? A czemu chcesz występować w drugiej części? BO KURWA CHCE, NIE MOŻESZ RAZ PO PROSTU SPEŁNIĆ MOJEJ PROŚBY, MUSISZ KURWA ZAWSZE DRĄŻYĆ? Nie ma tak naprawdę powodu, kolega pyta, bo ważna jest konstrukcja całego show i chce ewentualnie wszystko poustawiać tak, żeby było dobrze, żeby konwencja miała sens. Nie. Chuj. Czepia się. Znowu mu coś nie pasuje. Pięc dni razem, codziennie się o coś dokurwia. Czas mu pokazać pazur, czas mu pokazać, kto tu rządzi. Nikt tu nie rządzi frajerzyku. Jesteście kumplami, a ta trasa to wspólny projekt i zamysł, za który ponosicie wspólną odpowiedzialność.

Inny kolega mnie przeraża, za każdym razem, kiedy włącza się jego szaleństwo. Przestaje mówić. Przestaje reagować. Siada naprzeciwko Ciebie i patrzy, chłonie Twoje męczące cechy. Nie odpowiada na pytania, nie angażuje się w żadną rozmowę. Siedzi. Albo stoi, to jeszcze gorzej, kiedy wszyscy siedzą, a on stoi i nie mówi. Jak Buka czy inne gówno. Albo hatifnaty, jeszcze bardziej przerażające skurwysyny. Typ w ogóle nie ma w sobie nic przerażającego w normalnym stanie, ale chwila w której wygasa w nim wszystko, jest paraliżująca. Nie masz pojęcia co ma w głowie właśnie. Czy jest w swoim Szczęśliwym Miejscu i ucieka od tego zgiełku czy właśnie wielokrotnie rozbił Ci czaszkę american-history-x-style. Żaden jego ruch nie ma żadnego wyrazu. Niepokojący skurczybyk.

W każdym razie, dzień piąty to drobne załamanie u każdego. Każdy ma swój dzień piąty, tylko w różnych terminach. On jednak zawsze przyjdzie. Czasami nawet po zakończeniu trasy, kiedy wrócisz do domu i z lubością zaryglujesz za sobą drzwi. Tak, żeby nawet rodzina, a w sumie szczególnie rodzina, nie miała do Ciebie dostępu. Może nawet jakaś jedna czy dwie myśli w stylu “nie chcę tu już być” się nawet trafią. A potem siadasz i piszesz żarty albo tekst, taki jak ten. Bo to jest Twoje najlepsze ujście przed tym, żeby nie dać się pożreć samemu sobie i temu śmieszkowi, co czai się za każdym Twoim ruchem i sprawia, że stojąc na krawężniku masz najzwyczajniej na świecie ochotę, żeby wskoczyć pod przejeżdżający autobus.

Gdybyśmy nie pisali żartów, mordowalibyśmy ludzi.

 

autor: Tomasz Kwiatkowski

LOGOWANIE
Newsletter wydarzeń

Zapisz się do informatora i odbieraj co dwa tygodnie aktualny repertuar na swojego maila.

Wyrażam zgodę na otrzymywanie korespondencji drogą elektroniczną. Nie martw się też nie lubimy spamu dlatego dostaniesz od nas raz w miesiącu info o wydarzeniach w Twoim województwie.

Akceptuję regulamin


Partnerzy: